wiedzieć więcej

Dziecko w szpitalu. Do tego nie można się przygotować.

Strach. Nie wiesz co to strach, dopóki nie drżysz nad łóżkiem swojego chorego dziecka. Bezsilność i paraliżujące przerażenie nie opuszczają Cię. Nie możesz się od tego odciąć, zapomnieć, nawet przez chwilę przestać o tym myśleć. Dziecko w szpitalu to hektolitry wylanych łez, tysiące pytań dlaczego akurat ON i często brak jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi.

Chore dziecko

Końcem roku trafiliśmy ze Starszakiem do szpitala i spędziliśmy tam kilka tygodni. Cała historia jest stosunkowo świeża i trudna , parę słów napisałam TU, przy okazji Dnia Chorób Rzadkich. Jesteśmy już w domu, ale pod bardzo mocnym nadzorem, musimy często się badać, zmienić całkowicie dietę, rozkład dnia, nie planujemy, nasze dni dostosowują się do samopoczucia syna w danym dniu. Musimy teraz chuchać i dmuchać, bo każda infekcja może spowodować bardzo ciężkie komplikacje i doprowadzić do… najgorszego.

Dziecko w szpitalu

Pobyt w szpitalu to trudny czas, dla chorego dziecka, dla rodziców, rodzeństwa. U nas chyba Starszak znosił to najłatwiej. Bo stosunkowo szybko przyzwyczaił się do szpitalnej rutyny, do badań, pobierania krwi. Rodzice na wyłączność. Szybko zaczął też korzystać z sytuacji, że chce go zatrzymać w łóżku i zaczęły się negocjacje co do ilości czasu spędzonego nad iPadem. A do tego okres około świąteczny przyniósł mnóstwo prezentów od najróżniejszych “Mikołajów”.

I tak oto, Starszak codziennie dzwonił do młodszego brata opowiadać mu o kolejnym super prezencie, który dostał będąc w szpitalu, a młodszy brat… płakał, bo on też chce do szpitala 🙂

Myślę, że najtrudniej ten czas przeżył właśnie młodszy brat. Początkowo zaczął mniej mówić, zacinać się, aż zaczął się jąkać. Dla niego, ta rozłąka okazała się bardzo ciężka. Niedość, że nie było przy nim jego starszego brata, jego ideału i wzoru (sic!) nie było pomysłów na zabawę, wiele decyzji musiał podjąć samodzielnie (nie było nachalnej woli Wiktora, który zawsze mówi w co się bawią, w co się przebierają i co chcą chociażby zjeść). Nigdy wcześniej nie byli bez siebie tak długo. Nic nie wyglądało jak wcześniej.

Średniak też doskonale odczytuje emocje i czuł zarówno nasz niepokój i strach, jak i sam rozumiał, że brat jest chory i po prostu, na swój dziecięcy sposób martwił się. Nie bez powodu był fakt, że mnie z mężem prawie nie było w domu. Wymienialiśmy się w szpitalu, aby zawsze ktoś był na miejscu. Czasami ja spędzałam całe dnie na oddziale, a mężu jechał do pracy ze szpitala i po pracy od razu wymieniał mnie, żebym mogła pojechać do maluchów. I mimo że dzieci były pod opieką Babci i Dziadka, którzy kochają i rozpieszczają jak nikt inny i tak brakowało im po prostu mamy i taty.

Ktoś nad nami czuwa… dziękuję

W całym nieszczęściu jakie nas spotkało mieliśmy ogrom szczęścia. Na każdym etapie trafialiśmy na walecznych lekarzy i pielęgniarki. Od przychodni rejonowej, gdzie lekarka nie zastanawiała się ani chwili widząc Starszaka i od razu zleciła badania. Dzięki jej bardzo szybkiej i stanowczej decyzji niemal w ciągu godziny trafiliśmy do szpitala, a tam, nie trzeba było czekać na izbie, bo kartka z wynikami otwierała wszystkie drzwi, natychmiast 🙁  W szpitalu nie musiałam prosić, żeby ktoś mi coś wyjaśnił, żeby lekarz ze mną porozmawiał, o każdych wynikach wiedziałam jak tylko pojawiały się w karcie. Byłam spokojna, że jestem w szpitalu i oni wiedzą/ próbują się dowiedzieć co jest grane.

Szpital szpitalowi nie równy

Od czasu do czasu pojawiają się na mojej tablicy na fb, insta zdjęcia dzieci w szpitalu pokazujące OKROPNE warunki i przekonana byłam, że tak już niestety jest/ musi być. Po przyjeździe do szpitala zrobiłam wielkie WOW. Duży, nowoczesny budynek, przestronne sale, łóżko dla rodzica przy każdym łóżku dziecięcym, masa lekarzy, pielęgniarek, studentów. I niestety masa chorych dzieci 🙁  Samodzielny Szpital Dziecięcy na Żwirkach – trochę średnio to pasuje, ale cóż – POLECAM.

Myślę sobie, że jednak można, że są w Polsce szpitale dziecięce, w których jest “przyjaźnie”, pomimo sytuacji miło, gdzie szanuje się zarówno małych pacjentów, jak i ich rodziców. Pomimo wszystkiego złego co nas spotkało, dobrze, że tam wylądowaliśmy.

Inną kwestią jest, że szpital ten jest chyba najbardziej zadłużoną placówką w Polsce.  Bo taka opieka, specjalistyczne badania, przestronne wnętrza i nowoczesny sprzęt kosztują. A jak widać NFZ nie widzi potrzeby zwiększania nakładów.

Można narzekać, że parking słaby, że mało miejsc, że zły dojazd, że na SOR trzeba czekać, że długie terminy, że… ale to wszystko tak na prawdę jest nie ważne. Bo gdy już trafiasz z dzieckiem do szpitala, te kwestie nie są ważne. Chcesz tylko, żeby zajęli się Twoim dzieckiem, a to się dzieje, jak już przejdziesz przez multum formalności, druczków i kolejek.

wróciło przerażenie, strach i bezradność

Wczoraj byłam tam znowu. Zresztą jeździmy na kontrolę często. I znów widziałam tłumy rodziców przy łóżkach swoich dzieci, łóżeczka malutkich dzieci i leżanki ich matek ustawione nawet na korytarzu (bo ciągle brakuje miejsc), ich strach, przerażenie i bezsilność w oczach. Znów ukłuła mnie ta sama przerażająca myśl i mimo że u nas już nigdy nie będzie tak samo, nie mogę narzekać. Znów złapałam się, że nie doceniam tego co mam, że biegnę wciąż przed siebie nie zatrzymując się tu gdzie jestem. Znów wróciłam do postu: Jak często doceniasz, mówisz, że jesteś szczęśliwa? … Znów się popłakałam i sama nie wiem dlaczego.

blog projekt rodzinaZostaw komentarzUdostpnij postBlog Projekt Rodzina na FBBlog Projekt Rodzina na Instagram
Tags:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o